|
75 lat - Piękny wiek dla młodego mężczyzny…
Ponieważ w maju kończę siedemdziesiąt lat, postanowiłem trochę powspo¬minać. Otóż nie siedemdziesiąt tylko niestety siedemdziesiąt pięć, jeśli dalej będę tak rozmijał się z prawda, czyli konfabulował, to napiszę same nieprawdy, ale postaram się przeprowadzić wywiad sam z sobą i może coś się o Panu Antosiu dowiemy...
Urodziłem się 18. maja 1935 roku w dniu pogrzebu Piłsudskiego. Tego dnia pewien młokos kończył piętnaście lat, potem był studentem, potem aktorem, a potem papieżem, na imię mu było Karolek, a na nazwisko Wojtyła. Prawda, że piękny zbieg okoliczności, a ponieważ z tymi wybitnymi nazwiskami jest mi zawsze po drodze na Wawel, to tyle razy ile wpadam na wódeczkę do Kra¬kowa, to sprawy tak się toczą. Zanim dopadnę tą wódeczkę w ZWISIE - tak krakałeży nazywają najsłynniejszy bareczek na rynku z ławeczką Piotrusia Skrzyneckiego, a naprawdę nazywa się VIS a VIS, czyli zwis, to wpadam do Mariackiego. Tam wpadam w olśnienie jest to takie arcydzieło, całe to, jeśli można tak zwyczajnie powiedzieć wnętrze, z tym niezwykłym ołtarzem (mój Profesor od historii sztuki, Karol Estreicher go odnalazł po wojnie u szkopenchałerów) i w tym olśnieniu i ekstatycznej zadumie zawsze mam tylko jeden problem - czy ta żółta ciżemka nadal leży za tym ołtarzem. Jestem w ZWISIE a tam całe tabuny mniej lub bardziej przegranych artystów, czuję się jak przysłowiowa ryba w wodzie, a jak rybka to coś pod rybkę i pić się chce i dyskutować i Polskę uzdrawiać i z ziemi polskiej do wolskiej i na Wawel krakowiaku żwawy, a na Wawelu to nam się najbardziej podoba Smok Wawelski...
Chciałem być dziennikarzem, ale w roku mojej matury, czyli 1953 ubieg¬łego wieku Wydział Dziennikarstwa przeniesiono z Krakowa do Warszawy, na Kraków tata się zgadzał, bo ja taki grzeczny chłopiec i ministrant, a w Krakowie tyle kościołów, Warszawa nie w chodzi w grę. No to wyciąłem tacie numerasa i wybrałem bardzo grzeczne i zupełnie niewinne miasteczko pod tytułem. BRESLAU, i tam w tym Wrocławiu się wszystko zaczęło, wszystko, co dobre i wszystko co złe, z przewagą może jednak tego dobrego.
Kończę studia - na dyplom maluję zakonnice. W epoce realizmu socjalistycznego nie można mieć bardziej kretyńskiego pomysłu niż malowanie zakon¬nic, sekretarz partii, pamiętam ta menda miał na imię Stasiek - każe zdjąć moje zakonnice ze ściany. W czasie dyplomów wizytuje naszą uczelnię - Wrocław, Plac Polski - minister kultury NRD i pyta, czemu ta ściana taka pusta, pusta bo pewien student namalował nieprzyzwoite obrazy. Szkopski minister ogląda te moje dyplomowe knoty i kapuje jeden obraz, strach w se¬kretariacie partyjnej czeladki sięga zenitu, ze strachu, takiego prawdzi¬wego partyjnego strachu wieszają mi te obrazy na tą moją ścianę i robię Dyplom z w y r ó ż n i e n i e m - prawda, że niezła paranoja i przekro¬czone wszystkie obszary absurdu.
Ponieważ w opary absurdu w kroczyłem będące całkiem przystojnym młodziakiem, to już mi absurdy, wariactwa i paranoje pozostały na zaw¬sze i dzięki nim posiadłem największe moje bogactwo, a mianowicie w y o b r a ź n i ę.
Bywało różnie. Szara peerelowszczyzna miała swoje bardzo malownicze strony. Nie chciałbym się przesadnie wymądrzać, ale jest coś, co wiem na pewno. My Polacy nie lubimy tej nam zupełnie niepotrzebnej wolności. My lubimy w partyzantce, w lesie, żeby nam było wolno tam gdzie nie wolno, żeby nam nasza psia mać ktoś mówił, że nie należy, nie powinno, a my wiemy, że właśnie powinno, a winni są oni, jacyś dziwni wyimaginowani oni i właśnie dlatego byliśmy najweselszym barakiem w całych demoludach.
Były mody i Mody Polskie, Paryże, kolekcje, piękne modelki i przys¬tojni modele, wojaże, pokazy, toasty „za drużbu” i co druga suknia szyta specjalnie na Związek Radziecki musiała się nazywać „Kremlowskie Kuranty”.
Było - minęło, można by o tym pisać tomy, miał być wywiad z samym sobą no to będzie: Pytają mnie moje wnuczki, czy ty dziadku wiesz, co się teraz nosi, wiem że zalazłem się w pułapce i wiem że nie wiem. No, więc pytam te moje ślicznotki - co się nosi. Dziadku - powiadają, teraz się nosi tatuaże, jak to pytam - tatuaże? Na golasa? Tak dziadku na golasa i bardzo nam się nie podoba, że jesteś taki staroświecki.
Wobec powyższego nie wiem czy pora umierać, czy wprost przeciwnie z pogodną rezygnacją przyglądać się tej zupełnie mi nieznanej rzeczywistości.
W swoim czasie założymy drewnianą jesionkę i będziemy troszeczkę tym drewnianym „Haute Couture” straszyć grabarzy, a najbardziej ich wystraszę (już widzę oczyma mojej wybujałej wyobraźni te piękne pijackie mordeczki panów grabarzy), kiedy lekko uniosę górną część tej drewnianej jesionki i poproszę tą moją malowniczą brygadę: Panowie, na Wawel, ale zanim na na Wawel, do do ZWISU na jedną lufeczkę i potem wszyscy o siebie od¬poczniemy.
Nie byłbym sobą gdybym nie zakończył anegdotą: Ojciec do swoich nas¬toletnich pacholąt mówi tak - nie macie o tym zielonego pojęcia, że był w Polsce taki czas, że w sklepach był tylko ocet. Tato - pytają te różowe móżdżki - to jak to? w całej Galerii Mokotów był tylko ocet? Amen! Pora umierać! Dobranoc Książe...
A w sercu ciągle m a j.
Jerzy Antkowiak
Podpis pod zdjęciem: Jerzy Antkowiak ze swoją modelką Małgosią (kolekcja - karnawał 94). Foto Janusz Sobolewski
|